Wywiad z Marjolaine Pierré po mistrzostwach świata IRONMAN 70.3 w Nicei: „Cieszę się, że moje wyniki są tak stabilne”
Początkowo piąte miejsce na ostatnich mistrzostwach świata IRONMAN 70.3 w Nicei, gdzie długo była blisko podium, zanim straciła je podczas końcowego półmaratonu, mocno ją rozczarowało. Marjolaine Pierré potrafi jednak spojrzeć na ten wynik z dystansem. Francuzka po raz kolejny znalazła się w czołowej piątce zawodów o światowej randze. Zaledwie 26-letnia ambasadorka Salomona potwierdza, że w kolejnych latach trzeba będzie się z nią liczyć na dystansach IRONMAN. Przed wylotem na Hawaje i kolejne mistrzostwa świata IRONMAN opowiedziała triathlons.com o swoim starcie w Nicei.
Marjolaine, tuż po mistrzostwach świata IRONMAN 70.3 w Nicei była pani bardzo rozczarowana utratą podium. Jak po kilku dniach ocenia pani piąte miejsce?
Nadal jestem rozczarowana. Trudno jest trenować tak ciężko z myślą o jednym konkretnym dniu, a potem nie zrealizować wyznaczonego celu. W takie zawody angażujemy się na 200 procent, rezygnujemy z różnych rzeczy, więc kiedy wszystko nie układa się po naszej myśli, trudno to przeżyć. Ale szybko nabiera się dystansu. Mogło być gorzej. Jestem zdrowa, wszystko jest w porządku, mogłam wystartować i cieszę się, że miałam szansę przeżyć te mistrzostwa świata u siebie, w Nicei. To trochę jak koniec kolonii: pod koniec tygodnia wszystko się pakuje i nagle dociera do nas, że to już koniec, że trzeba pożegnać się z przyjaciółmi. Do rozczarowania dochodzi więc jeszcze świadomość, że pewien rozdział się zamyka (*).
Co zatem nie zagrało w dniu startu?
Na rowerze źle czułam się na podjazdach. Naprawdę dobrze jechało mi się po płaskim i na zjazdach, które miałam bardzo dobrze zapamiętane, ale na podjazdach brakowało mi siły, a przynajmniej tej, która jest potrzebna, żeby naprawdę posuwać się do przodu. Czułam, że noga nie podaje. Nie chciałam sprawdzać czasu na Col de Vence, podjeździe, który regularnie pokonuję na treningach. To właśnie frustruje, kiedy dobrze zna się trasę: dokładnie wiemy, na co nas stać na danym odcinku, i szybko orientujemy się, czy w wyścigu jesteśmy na swoim poziomie, czy nie.
Ma pani wyjaśnienie tego braku energii na rowerze?
Trudno to wyjaśnić, przygotowywałam się najlepiej, jak potrafiłam. Dziesięć dni przed startem złapałam niewielką infekcję, taką, jakie zdarzają się jesienią albo pod koniec przygotowań. Wiedziałam, że cały czas z nią walczę. To drobiazgi, które próbujemy kontrolować, ale nad którymi nie da się w pełni zapanować. Prawdopodobnie złożyło się na to kilka małych czynników i w efekcie pojawił się ten brak energii.
Na biegu myślałam tylko o tym, żeby się zatrzymać i położyć. Byłam kompletnie wykończona, ciało chciało tylko uciąć sobie drzemkę. Są nawet odcinki biegu, których nie pamiętam
Czy te odczucia na rowerze podcięły pani skrzydła przed biegiem?
Nie, naprawdę cały czas byłam skoncentrowana. Triathlon kończy się dopiero po biegu i ani razu nie pomyślałam, że wszystko jest stracone. Nadal walczyłam i cieszyłam się, że zjechałam do strefy zmian na drugim miejscu. Traciłam 4 minuty i 30 sekund, więc było to sporo, ale na szczycie Col de Vence strata wynosiła osiem minut. Byłam więc z siebie zadowolona i naprawdę chciałam dalej walczyć. Kiedy jednak ruszyłam na trasę biegową, miałam tylko jedną ochotę: osunąć się z wyczerpania, tak jak zrobiłam to na mecie. Przez cały półmaraton myślałam tylko o tym, żeby się zatrzymać i położyć. Byłam kompletnie wykończona. To nie była hipoglikemia, raczej ogólne zmęczenie, ciało chciało tylko uciąć sobie drzemkę. Są nawet odcinki biegu, których nie pamiętam. Na przykład w okolicy napisu „ILOVENICE” nie bardzo wiem, czy biegłam Promenadą, czy jezdnią… To jakby luka w pamięci.
Czy wcześniej zdarzało się pani odczuwać coś podobnego?
Nie, chyba że wtedy, gdy podczas jednego z wyścigów odwodniłam się i zasłabłam. Myślę, że tym razem próbowałam przesunąć tę granicę tak daleko, jak się dało, a jednocześnie traciłam miejsca w klasyfikacji. Pod względem mentalnym trudno było więc pozostać w grze. Marzyłam o podium i byłam na jego wyciągnięcie ręki, więc kiedy zaczęłam je tracić, zrobiło się trudno. Starałam się jednak utrzymać przynajmniej w czołowej piątce.
Stawka była wyjątkowo mocna i wyrównana. Czy mimo wszystko czerpała pani przyjemność z rywalizacji z pozostałymi zawodniczkami?
Właśnie nie, dlatego jestem trochę rozczarowana. Ani razu nie potrafiłam odpowiedzieć na ataki. Kiedy kolejne zawodniczki mnie wyprzedzały, nie byłam w stanie włączyć się do walki, brakowało mi energii i dynamiki. Byłam kompletnie bez życia. Przy tak mocnej stawce bardzo trudno było przewidzieć miejsce w klasyfikacji, bo różne niespodzianki, zarówno pozytywne, jak i negatywne, były możliwe. Mimo wszystko dobrze, że moje wyniki są stabilne i że utrzymuję pewien poziom.
Przed Niceą po raz pierwszy w przygotowaniach spędziła pani pięć tygodni na wysokości, w Font-Romeu. Jakie wnioski wyciągnęła pani z tego doświadczenia?
Same pozytywy. Trenowaliśmy w specjalistycznym ośrodku, gdzie cała infrastruktura znajdowała się w jednym miejscu i była dostępna od poniedziałku do niedzieli, od 8:00 do 20:00, a czasami nawet od 6:00 do 20:00. To bardzo wygodne, bo w tym okresie w Nicei trzeba korzystać z miejskiego basenu i dopasowywać się do godzin oraz dni jego otwarcia i zamknięcia. Kiedy takie ograniczenia nakładają się na wymagania treningu, codzienne funkcjonowanie staje się trudniejsze. Ta swoboda w planowaniu treningów była naprawdę bardzo przyjemna. Wyjechałyśmy tam również ze względu na wpływ treningu wysokościowego.
Czy braku energii podczas wyścigu nie przypisuje pani wysokości albo powrotowi z Font-Romeu? Wiadomo, że czasem decyduje kilka dni różnicy.
To prawda, trzeba odbyć wiele zgrupowań na wysokości, żeby naprawdę wiedzieć, jak organizm na nią reaguje. Z pewnością miała jakiś wpływ na odczuwane zmęczenie. Myślę jednak, że infekcja mogła również przesunąć mój szczyt formy. To bardzo delikatna układanka, a żeby zoptymalizować przygotowania i wynik, trzeba umiejętnie dopasować każdy z jej elementów.
Ma pani dopiero 26 lat, wkrótce skończy 27, i na tle najlepszych zawodniczek tej dyscypliny jest jeszcze bardzo młoda. Czy to dodaje pani otuchy?
Oczywiście. Wszystkie moje rywalki mają za sobą znacznie więcej startów niż ja. Niektóre ścigały się wcześniej na dystansie olimpijskim, a od dziesięcioleci są objęte opieką i wsparciem. Ja nie miałam takiej możliwości. Wszystkiego uczyłam się sama, a przez pierwsze lata nie otrzymywałam żadnej pomocy od federacji. Budowałam swoją pozycję wynikami. Najpierw musiałam zacząć osiągać dobre rezultaty, dopiero potem mogłam starać się o wsparcie. To siłą rzeczy zajmuje więcej czasu. Można powiedzieć, że kolejne poziomy odblokowywałam stopniowo.
Dopiero zaczynam zwiększać kilometraż biegowy. Do tej pory robiłam około 40–50 km tygodniowo, a w Font-Romeu zwiększyłam go do 60–80 km. To było dla mnie coś nowego, podczas gdy moje rywalki robią tak od lat.
Czy uważa pani, że wciąż ma rezerwy i czy widzi się pani jeszcze przez długi czas w cyklu IRONMAN?
Tak, oczywiście. Zdecydowanie nie dotarłam jeszcze do granicy swoich możliwości. Mój kilometraż treningowy wcale nie jest duży. To był świadomy wybór, bo nie chciałam przeskakiwać kolejnych etapów. Stopniowy rozwój i nienarzucanie zbyt szybkiego tempa były wręcz koniecznością. Dlatego uważam, że jestem dopiero na początku albo w połowie swojej drogi. To cieszy, bo wciąż mam mnóstwo rzeczy do sprawdzenia i zrobienia, ale wszystko musi wydarzyć się w odpowiednim momencie i we właściwy sposób. Trzeba więc być cierpliwą i czasem pogodzić się z porażką. Wiem też, że będę musiała pracować więcej zarówno nad intensywnością, jak i objętością.
Kiedy podniesie pani ten limit?
Od dwóch lat nie miałam złamania zmęczeniowego, więc właśnie w Font-Romeu zaczęłyśmy zwiększać mój kilometraż biegowy. Do tej pory robiłam około 40–50 km tygodniowo, a zwiększyłam go do 60–80 km. To było dla mnie coś nowego, podczas gdy moje rywalki robią tak od lat. Jestem pod tym względem trochę spóźniona, ale zaczynam kłaść na to większy nacisk.
W ostatnich latach zmagała się pani z licznymi złamaniami zmęczeniowymi. Dlaczego do nich doszło, jak to się zaczęło i czy uważa pani, że ma już ten problem za sobą?
Zaczęło się w 2021 roku, kiedy podczas pandemii Covidu zaczęłam trenować triathlon. Nie miałam wtedy żadnej wiedzy i stopniowo zwiększałam trening. Robiłam to dla przyjemności, a jednocześnie studiowałam rachunkowość. Bardzo szybko doprowadziłam do deficytu energetycznego i straciłam miesiączkę. Uznałam, że wszystko wróci do normy, ale w pewnym momencie przestałam o tym myśleć. Robiłam mnóstwo rzeczy naraz, nie miałam czasu dla siebie ani na obserwowanie tego, co dzieje się w moim życiu i organizmie. Cały czas działałam na najwyższych obrotach, nigdy nie robiłam przerwy. Mocno schudłam, doznałam złamań zmęczeniowych, cierpiałam na brak miesiączki i zaburzenia odżywiania. Wszystko było ze sobą powiązane. Musiałam zrozumieć, jak działają moje hormony i jakie sygnały świadczą o dobrej albo słabszej dyspozycji. To był bardzo długi i pouczający proces, przez który straciłam dużo czasu. A może tak naprawdę go zyskałam, bo dziś znacznie lepiej znam swój organizm. Nauczyłam się też startować bez odpowiedniego przygotowania, co wzmocniło mnie mentalnie.
W ubiegłym roku wydarzenie, jakim jest IRONMAN na Hawajach, całkowicie mnie przytłoczyło. W tym roku bardzo chcę wrócić tam z większym spokojem.
Za niespełna miesiąc powinna stanąć pani na starcie mistrzostw świata IRONMAN w Kailua-Kona na Hawajach. Z jakim celem?
Z każdym dniem będę stopniowo wracać do ważnych jednostek, które ponownie skierują mnie na drogę do Kony. Powoli zwiększę obciążenia treningowe, wprowadzę dłuższe sesje i sporo treningu w cieple, żeby przyzwyczaić się do hawajskiej temperatury i wilgotności. To bardzo ważny czynnik na miejscu. Muszę też pamiętać o regeneracji po Nicei, ale ponieważ nie czułam się tam najlepiej, nie doprowadziłam organizmu do granicy możliwości. Jestem więc całkiem zadowolona z regeneracji i będę mogła zrobić dwa solidne tygodnie treningu przed wylotem do Kony, a następnie się zaaklimatyzować.
Co wyniosła pani z ubiegłorocznego startu na Hawajach?
Pamiętam bardzo trudny wyścig. Fizycznie byłam w świetnej formie, ale samo wydarzenie całkowicie mnie przytłoczyło (**). Myślę, że trudno jest odnieść sukces już przy pierwszej próbie. Naprawdę chcę tam wrócić z większym… spokojem, tak bym to ujęła.
Czy profil trasy i atmosfera zawodów pani odpowiadają?
Tak, przypomina mi to Reunion, gdzie dorastałam. Uwielbiam ciepło i zawsze trenowałam w wysokich temperaturach, więc ten czynnik mi nie przeszkadza. Trasa kolarska w Konie jest bardzo trudna, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się dość szybka. Lubię też szybkie odcinki: nie jestem wyłącznie specjalistką od podjazdów, więc szczerze mówiąc, nie mogę się już doczekać.
(*) Nicea miała pierwotnie gościć mistrzostwa świata IRONMAN 70.3 w 2028 i 2030 roku. Po decyzji budżetowej nowej ekipy władz miasta nie dojdzie to do skutku.
(**) Zajęła 32. miejsce w klasyfikacji kobiet.
Marjolaine Pierré w skrócie
Urodzona 29 października 1999 roku w Reims
Dwukrotna zwyciężczyni IRONMAN 70.3 Pays d’Aix, w 2025 i 2026 roku
Zwyciężczyni IRONMAN Portugal 2023
Dwukrotna mistrzyni świata World Triathlon na długim dystansie, w 2023 i 2025 roku
Czwarta zawodniczka IRONMAN Hamburg 2026
Piąta zawodniczka mistrzostw świata IRONMAN 70.3 2026 w Nicei
Czwarta zawodniczka mistrzostw świata IRONMAN 2024 w Nicei
Piąta zawodniczka mistrzostw świata IRONMAN 70.3 2025 w Marbelli
Więcej artykułów
Hayden Wilde zwycięzcą szalonego mistrzostwa świata IRONMAN 70.3
Hayden Wilde wygrał mistrzostwa świata IRONMAN 70.3 w Nicei przed Kristianem Blummenfeltem i Jelle Geensem.
niedz., 13 września 2026
Taylor Knibb po raz czwarty mistrzynią świata IRONMAN 70.3 w Nicei, Marjolaine Pierré piąta
Taylor Knibb po raz czwarty została mistrzynią świata IRONMAN 70.3. W Nicei zdominowała rywalizację na rowerze.
sob., 12 września 2026
IRONMAN Pro Series 2027 z kompletnym kalendarzem
Kalendarz IRONMAN Pro Series 2027 obejmie 16 imprez z udziałem światowej elity. W puli nagród czeka 1,7 mln dolarów.
czw., 10 września 2026